Kiedyś już zdarzyło mi się na tym blogu pisać (choć zdawkowo) o Davidzie Irvingu. Od tego czasu wiele wody w rzekach świata upłynęło, a ja przeczytałem w końcu "Wojnę Hitlera".
Czytając ją cały czas czekałem na ten moment, w którym zrozumiem - o co cała afera? Gdzie w końcu Brytyjczyk stwierdzi, że Żydów wcale nie wymordowano? Że cały obóz Auschwitz-Birkenau to jedno wielkie kłamstwo i że był to właściwie ośrodek wczasowy dla obywateli III Rzeszy?
Niczego takiego w książce nie znalazłem. Wręcz przeciwnie - Holocaust jest tutaj opisany jako niezaprzeczalny fakt i jako coś moralnie nagannego. Jedyna rzecz, na którą mogliby zwrócić uwagę co bardziej czepialscy krytycy to to, że opisowi wymordowania Żydów poświęca Irving tak mało miejsca. Ale przecież sam fakt, że praca ta ma w założeniu pokazywać wojną widzianą oczyma Hitlera i jego najbliższych współpracowników oraz to, że wedle Irvinga Hitler nic o Holocauście nie wiedział powoduje, że masakra Żydów w trakcie II wojny światowej musi być "poza kadrem".
O co więc chodzi tym, którzy tak zaciekle atakują Irvinga? Tym, którzy zarzucają mu szerzenie nienawiści i wszelkie inne grzechy? Głoszenie tezy o tym, że Hitler nie miał pojęcia o tym, co dzieje się w obozach koncentracyjnych może co najwyżej zmniejszyć, a nie zwiększyć liczbę antysemitów! Możliwości wpływu "Wojny Hitlera" są bowiem trzy:
1. Członkowie grupy A lubią Hitlera i wiedząc o jego antysemityzmie sami stają się antysemitami. W takiej sytuacji stwierdzenie ignorancji Hitlera we wspomnianej sprawie może co najwyżej złagodzić antyżydowskie nastroje takiej grupy.
2. Członkowie grupy B nie lubią Żydów i dlatego lubią Hitlera. W tej sytuacji taki czy inny obraz Führera nie zmienia kompletnie nic w ich stosunku do narodu wybranego. Co najwyżej mogą oni stracić sympatię do Adolfa, ale to przecież chyba nikogo nie smuci?
3. Członkowie grupy C nie lubią Hitlera, bo zabijał Żydów. Dowiedziawszy się o niewinności niedoszłego malarza i architekta mogą go polubić. Ale przecież dla współczesności ma to takie samo znaczenie, jak czyjaś sympatia lub jej brak do Napoleona, Hannibala czy Alcybiadesa. Sympatyzując z Hitlerem nie sympatyzują z przypisywanymi mu wcześniej zbrodniczymi działaniami - i w czym problem?
Antysemickie nastroje pobudzić może tylko ograniczanie wolności badań (tak, jakby rzeczywiście istniały fakty, które nie powinny zostać poznane) oraz wsadzanie ludzi do więzień za pisanie książek. I chyba rzeczywiście o rozbudzenie nienawiści do Żydów chodzi organizacjom walczącym z antysemityzmem. Bo czy byłyby one komukolwiek potrzebne w świecie, w którym antysemityzmu nie ma?
***
Warto zwrócić uwagę, że tezy Irvinga wcale nie osłabiają odpowiedzialności Hitlera za to, co się stało. Moralnie odpowiedzialny za Holocaust jest choćby z powodu swoich antysemickich wystąpień (sam Irving stwierdza to wprost). Odpowiedzialny politycznie jest tak, jak każdy rządzący jest odpowiedzialny za działania swoich podwładnych. A już na pewno ponosi odpowiedzialność za wszystko, co wydarzyło się już po 26 kwietnia 1942, kiedy oficjalnie Reichstag uznał słowo Hitlera za źródło prawa.
Natomiast prawnie odpowiedzialny za wymordowanie Żydów Hitler być nie może. Nie mógł on złamać prawa w sytuacji, w której jego wola to prawo stanowiła. Chyba, że za "prawo" uznamy proces norymberski, w ramach którego w 1945 roku sądzono za przestępstwo, które weszło do języka prawnego dopiero w roku 1948.
Stanisław "Cat" Mackiewicz, pisząc o procesie brzeskim, słusznie zauważył, że lepsze jest już zwykłe, pospolite bezprawie, niż bezprawie ubrane w sędziowskie togi. Słowa te doskonale pasują również do sytuacji powojennej - dużo lepiej było złapanego Göringa powiesić na pierwszej z brzegu, odpowiednio grubej gałęzi, niż angażować w to powagę sądu. Ale to już temat na zupełnie inną notkę...
Leo.
Oj, biedny ten nasz Leo. Zawistny ludek z drewnianych domków nic, tylko czekał na jego potknięcie i teraz ma na nim używanie. Nie dorastający wielkiemu alchemikowi futbolu do pięt polscy "szkoleniowcy" nic, tylko podgryzają bardziej utalentowanego kolegę po fachu. Tylko - czy aby na pewno?
Po pierwsze - na potknięcie Leo nie trzeba było wcale czekać. Pierwsze miało miejsce już w meczu z Finlandią. Kolejne - najpierw średnio co trzeci mecz, a później - i co drugi.
Po drugie - ludek używa sobie raczej na prezesie Lato, niż na selekcjonerze, co widać na wszelkiego rodzaju forach internetowych. O ile przy poprzednich trzech dymisjach (Engel, Boniek, Janas) ludek był jednomyślny w ocenie pracy tych szkoleniowców, tak teraz co i rusz pojawiają się filozofowie szukający dla Wielkiego Holendra usprawiedliwień - a to PZPN, a to system szkolenia, a to kiepscy wuefiści, a to wiatr pod narty. Jakby poprzedni selekcjonerzy pracowali w czasach, gdy PZPN-u nie było i gdy system szkolenia działał perfekcyjnie.
Po trzecie wreszcie - Leo wcale nie jest bardziej utalentowany od "podgryzających" go polskich hien. A na pewno jego talent nie objawił się podczas jego pracy w Polsce.
Ostatnie zdanie brzmi jak herezja. Przecież wszyscy wiemy, że Leo jest geniuszem, w przeciwieństwie do nieudaczników - Janasa czy Engela (że wymienimy tych, którym jakimś niesamowitym zrządzeniem losu udało się awansować do finałów Mistrzostw Świata). Janas to przecież pijak, a ten Engel to pajac malujący strzałki na ekranie w telewizyjnym studiu. Czyż nie?
Warto jednak przypomnieć sobie powiedzenie, jakoby liczby nie kłamały. I przez chwilę się nad tymi liczbami pochylić. Weźmy pod lupę mecze o punkty grane przez polską reprezentację pod wodzą trzech ostatnich selekcjonerów (zasłonę milczenia spuśćmy na czasy rządów Zbigniewa Bońka). Na początek - Jerzy Engel.
Piłkarze dowodzeni przez niego w meczach eliminacyjnych do Mundialu 2002 zdobyli 21 punktów na 30 możliwych. Pamiętajmy też, że dwa ostatnie mecze (z Białorusią i Ukrainą) nie miały już dla Polaków większego znaczenia. Biorąc to pod uwagę możemy policzyć, że Polacy w meczach o stawkę zdobyli wtedy 83% możliwych do zdobycia punktów. Wynik całkiem niezły.
Później mieliśmy jednak zdecydowanie mniej powodów do zadowolenia. Po trzech meczach i takiej samej liczbie zdobytych punktów w turnieju finałowym Engela pożegnano. Bez większego żalu.
Jego miejsce zajął Boniek, który przegrywając z Łotwą mocno skomplikował sytuację swojemu następcy - Pawłowi Janasowi. I nie zmieniło tego nawet zwycięstwo nad San Marino. Wymęczone, dodajmy. Janas w tych eliminacjach nie może się pochwalić wielkimi sukcesami - dwie przegrane ze Szwecją i remis z Węgrami spowodowały, że zdobył tylko 56% punktów.
Zdecydowanie lepiej poradzili sobie chłopcy Janasa w kolejnych eliminacjach. Tam przegrali tylko z Anglią. Dwukrotnie, ale ostatni mecz był już o pietruszkę, gdyż wygrywając pozostałe 8 meczów (89% punktów w spotkaniach o stawkę) udało się Polakom, razem ze Szwedami, awansować z drugiego miejsca bez baraży.
Ciąg dalszy historii nie jest, niestety, różowy - 3 mecze i znowu wygrana dopiero w ostatnim. Również tym razem PZPN pożegnał się z selekcjonerem i również tym razem kibice głośno popierali tę decyzję. I wtedy pojawił się On.
On, czyli geniusz trenerski - Leo Beenhakker. Jego geniusz objawił się na przykład tym, że potrafił nie wygrywając żadnego meczu awansować z grupy podczas mistrzostw świata w 1990 roku. Potem wsławił się zastosowaniem błyskotliwej taktyki z 10 obrońcami (jednym z nich był były napastnik Dwight Yorke). Taktyka ta pozwoliła reprezentacji Trynidadu i Tobago zdobyć na mistrzostwach świata w Niemczech jeden punkt. Niestety - żaden z 10 defensorów, ani nawet bramkarz nie strzelił na tej imprezie żadnej bramki. Nie przeszkodziło to jednak nikomu w rozpływaniu się nad "sukcesem" wiekowego trenera z Holandii.
Jak widać - ma pan Beenhakker ogromny dar - umiejętność osiągania sukcesów (a przynajmniej wmawiania innym, że się ten sukces osiągnęło) nie wygrywając meczów. Również w Polsce ta umiejętność bardzo mu się przydała.
Trzeba bowiem mieć naprawdę dużo szczęścia, żeby awansować do finałów Mistrzostw Europy, kiedy zdobywa się jeden punkt w dwumeczu z Finami, trzy punkty z sześciu możliwych do zdobycia na Ormianach czy dwa z osłabionymi Serbami. Podsumowując - w meczach o stawkę (nie licząc więc remisu w ostatnim meczu w Belgradzie) podopieczni Leo zdobyli ledwie 69% z 39 punktów. Jak w takiej sytuacji udało im się zdobyć pierwsze miejsce w grupie - to wie tylko Leo. Ze zwycięzców grup eliminacyjnych tak mało (28) punktów zdobyli jeszcze tylko Hiszpanie. Tyle, że oni grali dwa mecze mniej!
Sprawiedliwości stało się zadość na stadionach w Austrii, gdzie zdobyliśmy ledwie jeden punkt w trzech meczach. Co dziwne - tym razem PZPN selekcjonera nie zwolnił (mimo że wynik był przecież gorszy niż w dwóch poprzednich podejściach do wielkiej piłkarskiej imprezy, po których trenerów zwolniono). Co jeszcze dziwniejsze - decyzja taka spotkała się z akceptacją przynajmniej części kibiców. Leo znowu miał szczęście - tym razem gniew fanów skupił się na postaci angielskiego sędziego, Howarda Webba. A przecież sędziował on tylko jeden z trzech nieudanych meczów. Dziwnym trafem - nikt jakoś nie wspomina sędziego, który dał czerwoną kartkę Radosławowi Sobolewskiego w meczu z Niemcami dwa lata wcześniej.
Pozostając na stanowisku Leo musiał jednak walczyć ze złymi polskimi trenerami, którzy ciągle tylko spiskowali, żeby mu zaszkodzić. Tylko tak można przecież wytłumaczyć fakt, że w ośmiu meczach zdobył ledwie 46% punktów, w tym ponad połowę z nich w potyczkach z San Marino.
Jak więc widać - Leo był szczęściem, na które nie zasłużyliśmy. Był zdecydowanie lepszy od wcześniejszych polskich selekcjonerów. Tylko dziwnemu zbiegowi okoliczności należy przypisać to, że mimo osiągania najgorszych wyników z trzech omawianych selekcjonerów oraz mimo ciągłej presji i zawiści ze wszystkich stron - kibiców, mediów, PZPN, polskich trenerów - potrafił się z tych selekcjonerów utrzymać najdłużej. I - co ciekawe - ma największą liczbę obrońców.
A może było jednak trochę inaczej? Może to Leo kreuje się cały czas na męczennika?
Może jego sukcesy nie wynikają z umiejętności trenerskich, a jedynie z umiejętności dobrego "sprzedania" ich w mediach?
Może sukcesem było samo znalezienie zatrudnienia w Realu Madryt, Ajaxie Amsterdam czy w reprezentacji Holandii, a już nie wyniki tam osiągnięte? Człowiek, który potrafi wmówić wszystkim, że sukcesem jest zdobycie jednego punktu w trzech meczach nie strzelając żadnej bramki mógł równie dobrze wmówić różne rzeczy szefom Realu czy Ajaxu. A z tymi drużynami wygrać ligę to niekoniecznie wielki problem (Real zrobił to w swojej historii 31, a Ajax 29 razy).
Kiedyś, dzięki festiwalowi w Sopocie, gwiazdą w Polsce był niejaki Drupi, którego nikt poza Polską nie znał i który w swoim kraju był bodaj hydraulikiem. Jak widać - nadal wystarczy przyjechać z Zachodu, by Polacy traktowali Cię jak geniusza. Czyżby Leo miał jednak rację z tymi drewnianymi chałupami?
Ostatnio spotkała mnie historia, która jak mało co unaocznia podstawową wadę wszelkich inżynierii społecznych, prób wychowywania poprzez prawo i temu podobnych. Oto przykład, jak ustawa może mieć skutki zupełnie odmienne od zamierzonych przez ustawodawcę.
W niedzielny wieczór wpadł do mnie kolega M. Wypiliśmy po dwa piwka i naszła nas ochota na trochę więcej. Że było już dość późno, poszliśmy do sklepu nocnego. Zakupiliśmy dalszą złotą amunicję i udaliśmy się zakupić kebab w pobliskiej budce przy ulicy Ruskiej. Piwa mieliśmy wypić później, w miejscu trochę bardziej ustronnym. Ale M. postanowił, że nie ma na co czekać i otworzył puszkę. Poszedłem za jego przykładem. Nie zdążyłem wypić nawet połowy zawartości mojej butelki, kiedy zauważyłem radiowóz. Problem w tym, że oni również mnie zauważyli.
Nie zagłębiając się w szczegóły - zostałem ukarany mandatem. Kolega, który również pił piwo, ale (chyba ze względu na eteryczną sylwetkę) nie został przez stróżów prawa zauważony, miał z powodu tej krzyczącej niesprawiedliwości wyrzuty sumienia. Żeby się ich pozbyć zaoferował, że zakupi 0,7 litra napoju trochę większego kalibru. Chcąc, nie chcąc zgodziłem się na takie rozwiązanie sprawy.
Jak widać - ustawa o wychowaniu w trzeźwości zmusi mnie do picia wódki. A przecież chciałem napić się tylko piwa! Jeśli wpadnę kiedyś w szpony nałogu, już wiecie, kogo należy za to winić. Ustawodawców.
Goerlitz - najładniejsze polskie miasto.
Styk trzech granic - jak mówi prawo międzynarodowe - znajduje się pośrodku nurtu Nysy, w miejscu, gdzie do tej rzeki wpada malutki, zamulony potoczek. Ten zamulony potoczek o szerokości może ze dwudziestu pięciu centymetrów oddziela Rzeczpospolitą Polską, z całym jej narodowo-patriotycznym etosem, kompleksami, katolicyzmem i historią, od Republiki Czeskiej, ze złotą Pragą, koroną Wacława, i hrabalowskimi "śmiejącymi się bestiami". Po drugiej stronie wąziuteńkiej Nysy rozciągają się już - aż po Alpy, Szwarcwald, Ren i Morze Północne - Niemcy.
Piękny obrazek, prawda? Czechy - to Praga, korona Wacława i Hrabal. Niemcy - Alpy, Szwarcwald, Ren i Morze Północne. A Polska? Może krakowski Rynek i Wawel? Może wrocławskie czy toruńskie Stare Miasto? Stanisław Lem? Nie - Polska to narodowo-patriotyczny etos (błe!), kompleksy, katolicyzm (a fuj!) i... HISTORIA (zgroza!).
Wydaje mi się, że w całym tym opisie najcelniejszą uwagą jest ta o naszych kompleksach. Autor, pewnie uważając się za kogoś nieskończenie lepszego od całej polskiej patriotyczno-katolickiej hołoty, jest tych kompleksów ucieleśnieniem.
W Czechach przycupnęli z piwkiem dżentelmeni. W Polsce dwaj słodko uśmiechnięci dresiarze piją tanie piwo z puszki.
Dodajmy, że czescy dżentelmeni wyglądają tak:

Gdyby mieli pecha być Polakami, najpewniej autor artykułu pisałby o sączących z puszki tanie piwo emerytach, a może i żulach. No, ale Czechy to Hrabal. A Polska? Nic, tylko katolicyzm, historia i dresiarze, którzy wspomnieni w tekście są jeszcze kilkukrotnie - bo to plaga i w Goerlitz, i w Cieszynie (tam są to nawet nie dresiarze, ale źli skini).
Oczywiście - to Polska jest krajem nacjonalizmu. Opis Niemiec zajmują Alpy, Szwarcwald i inne cudowności, nie może więc dziwić, że autor zapomniał wspomnieć o tym, że w landtagach Saksonii i Meklemburgii zasiadają przedstawiciele NPD, a w tym samym organie w Brandenburgii możemy spotkać członków DVU. Czymże bowiem są jacyś tam neonaziści przy wylizanym do błysku goerlitzkim Untermarkt czy też wobec dobrych koncertów w Dreźnie?
Autor nie wspomni o tym, że okna sklepów na jednej z głównych ulic (od dworca do starego miasta) Goerlitz są zabite dechami. Nie wspomni o tym, że Bahnhof w tym mieście śmierci moczem tak samo, jak dworzec Wrocław Nadodrze. (Chociaż z drugiej strony - autor nie wspomina też, na szczęście, o dworcu Zgorzelec-Miasto). Czechy i Niemcy to idylliczne krainy, w których jedynym problemem są pijany Polacy śpiewający polskie piosenki (skandal!).
Z artykułu nie dowiemy się też o tym, ile pieniędzy wpompowały zachodnie landy Niemiec po to, by, między innymi, "wylizać do błysku" Goerlitz. Nie przeczytamy, że te biliony marek niewiele tak naprawdę dały. Bo miasto można i "wylizać", ale ludzie jakoś stamtąd uciekają. Sam autor pisze zresztą, że wielu Polaków ze Zgorzelca i okolic przeniosło się do Goerlitz. Przy samej nadbrzeżnej Hotherstrasse wiele nazwisk na domofonach jest polskich. Z okien widać polski brzeg. Kuszą też ceny. Cena 200 - metrowego domu w okolicach Goerlitz czy Zittau równa się cenie dwupokojowego mieszkania w Krakowie. Tylko chyba nie widzi, dlaczego te mieszkania są tam tak tanie. Nie pisze też, że władze Frankfurtu nad Odrą płacą ludziom kilkaset euro, by ci chcieli zamieszkać w ich mieście.
Żebyśmy się dobrze zrozumieli - nie uważam, że Polska jest krajem lepszym, bardziej zadbanym i ładniejszym od Niemiec. Wiem, że Zgorzelec jest dziurą, jakich mało. Ale czym innym jest realna ocena stanu naszego kraju, a czym innym kompleks wobec wszystkiego, co zagraniczne.
* Ojkofobia (z gr. oíkos - dom, środowisko + phóbos - strach, wstręt) - zaburzenie osobowości przejawiające się jako niechęć, odraza, a częstokroć i nienawiść do własnej, rdzennej wspólnoty osób, zwłaszcza rodzinnej, narodowej i cywilizacyjnej.
Jednym z mitów dotyczących współczesnej Polski jest to, że mamy w niej pluralistyczne media. Oczywiście - jeśli wszystko traktować tylko z punktu widzenia statystyki - to i owszem. W kioskach kupimy "NIE", i "Nasz Dziennik", "Najwyższy Czas!" i "Trybunę Robotniczą", "Obywatela" i "Gazetę Wyborczą".
Tyle, że pluralizm ten jest bardzo pozorny. Najważniejsze media, które zajęły większą część rynku, właściwie niczym się między sobą nie różnią. Owszem - możemy tam spotkać tych, którzy twierdzą, że Kaczyński jest zły, bardzo zły czy tylko po prostu chory. Tyle, że w pewnych sprawach konsensus jest oczywisty i nie ma miejsca na jakąkolwiek dyskusję.
Doskonale widać to po pewnej zabawnej literówce, jaka pojawiła się w artykułach publikowanych na polskich portalach. Chodzi mi o wiadomość o mrożących krew w żyłach filmikach na YouTubie, które szargają pamięć europosła Geremka. Oczywiście - profesor w hierarchii autorytetów jest bardzo wysoko, więc dyskusji na jego temat nie ma. Dlatego też notkę biograficzną wszystkie praktycznie większe portale po prostu skopiowały i wkleiły. Za PAP-em bodaj.
Problem w tym, że ktoś w PAP-ie zrobił naszym dziennikarzom sporego psikusa. Otóż - napisano tam, że "drogi Bronisław" był europosłem PO, podczas gdy on wybrany został z list PD. Niby jest to drobny błąd, ale symptomatyczne, że z czterech serwisów, które przejrzałem sprawdzając to, tylko Onet literówkę poprawił (resztę zostawił tak, jak była). Pozostali nawet nie patrzyli, co wklejają - no bo przecież o Geremku PAP może pisać tylko w zgodzie z linią redakcji. Każdej redakcji, dodajmy.
Ten zabawny w sumie błąd pokazuje, jak zepsute są w Polsce stosunki medialne. W normalnej sytuacji przynajmniej część dużych mediów miałoby na temat profesora zdanie odrębne. Na tyle, by inaczej rozłożyć akcenty w jego notce biograficznej. U nas - wszystkie idą w linii, marszowym krokiem i z pieśnią na ustach. Tylko dziwne, że dla większości społeczeństwa jakoś melodia o panu Geremku nie jest tak prostą, jak dla świata mediów.
Mogę chyba poczuć coś na kształt satysfakcji, bo okazało się, że kogoś jednak moja pisanina obchodzi.
Smutne jednak, że kolega, któremu nie jest wszystko jedno, jakoś nie wierzy mi. A nie wierzy, bo w swoim opisie po lewej stronie (dla użytkowników Internet Explorera - poniżej) podałem trzy imiona. A wedle ustawy można mieć tylko dwa. I jeśli ktoś się w ramach ustawy nie mieści - to pewnikiem nie istnieje (no a jak wierzyć komuś, kto nie istnieje?). Nie mogę wysłać tej depeszy. Nie ma takiego miasta Londyn. Jest Lądek, Lądek Zdrój.
Na całe szczęście władza nie uchwaliła jeszcze, że maksymalny dopuszczalny wzrost to 180 centymetrów. Wtedy z moimi 188 centymetrami tym bardziej byłbym dla kolegi Anhaltera nie do pomyślenia...
Sam zresztą Anhalter w komentarzach stwierdza, że Prywatnie to przecież wszyscy na Ciebie mogą mówić jakkolwiek. Jak rozumiem - pisząc bloga nie jestem już osobą prywatną, tylko państwową. I nazywać siebie mogę też tylko państwowo i oficjalnie. Całe szczęście, że pan purysta nie zabronił mi nazywania siebie Kefirem. Bo tego pseudonimu, dalibóg, w żadnym urzędzie nie rejestrowałem.
Przywołana przez kolegę Anhaltera ustawa mówi, że:
Kierownik urzędu stanu cywilnego odmawia przyjęcia oświadczenia o wyborze dla dziecka więcej niż dwóch imion, imienia ośmieszającego, nieprzyzwoitego, w formie zdrobniałej oraz imienia niepozwalającego odróżnić płci dziecka.
..i, jak każda taka ustawa, nie ma większego sensu.
Co prawda kolega Anhalter mówi, że:
przepis nie jest zły. Co pewnie przyznałyby polskie Esmeraldy i inne takie. Wszak urząd ma prawo ingerować tylko w całkiem uzasadnionych przypadkach (nieprzyzwoite, ośmieszające).
Ale tym zdaniem przeczy sam sobie. Skoro mamy polskie Esmeraldy i inne takie, to przepis ten jest całkowicie martwy. Jeśli ktoś chce nadać imię ośmieszające to je nada. A przepis jest. Tyle, że nieprzestrzegany. A nieprzestrzeganie przepisów skutkuje brakiem szacunku dla prawa.
Gdyby jednak stosować się do owych zapisów literalnie, to trzeba przyznać, że prawo to jest wybitnie nietolerancyjne. Szowinistyczne wręcz. W ogóle nie interesuje go bowiem, że na terenie Polski nazwać swoje dziecko będzie chciał ktoś, kto wychowany został w zupełnie innej niż polska kulturze.
Np. narody iberyjskie mają w zwyczaju nadawanie bardzo dużej ilości imion. Stąd mamy piłkarzy takich jak Luís Filipe Madeira Caeiro Figo czy Ronaldo Luís Nazário de Lima. Gdyby ludzie ci urodzili się w Polsce to nie dość, że nie zostaliby piłkarzami (prędzej mniej utalentowani koledzy połamaliby im nogi na kartofliskach zwanych dla żartu boiskami treningowymi), to jeszcze urzędowo uznano by ich za nielegalnie nazwanych.
Albo z drugiej strony - zapis o niemożności nadania imienia niepozwalającego odróżnić płci dziecka. A co zrobić ze wstrętnymi Anglikami, którzy mają wiele imion (np. Ashley), które są jednocześnie męskie, jak i żeńskie?
No, ale Anglicy nie mają nawet dowodów osobistych, dzięki którym można załatwiać różne sprawy, tak jak dzięki posiadaniu urzędowo potwierdzonego imienia i nazwiska. Jak tu się gniewać na tych niesfornych dzikusów? Niech sobie żyją, nieświadomi błogosławieństwa, jakim jest możliwość rozpoznania płci po imieniu. Pewnie, biedacy, nadal muszą ją rozpoznawać po piersiach czy innych trzeciorzędowych cechach płciowych.
Przepis jest zdecydowanie bardziej precyzyjny!
Izrael zaniepokojony wynikami wyborów w Austrii.
"Izrael niepokoi się, gdy ugrupowania lub ruchy, które wspierają wrogość wobec obcych, negują holokaust lub stają się przyjaciółmi elementów bliskich nazizmowi, znajdują poparcie w wyborach" - oświadczył w poniedziałek w Jerozolimie rzecznik izraelskiego ministerstwa spraw zagranicznych Jigal Palmor.
Kiedyś na zajęciach (z socjologii?) mój kolega wzbudził oburzenie pani prowadzącej zauważając, że nie ma chyba kultury (może aborygeńska? albo prekolumbijskie?), w której Żydzi nie byliby nielubianymi. Może gdyby pozostał tylko na tej konstatacji, albo gdyby wyciągnął z niej wniosek o parszywym charakterze wszystkich bez wyjątków gojów, to nie byłoby tak źle. Problem w tym, że próbował to wyjaśnić jakąś wadą narodu wybranego. Niestety - wady owej nie znalazł.
Wydaje się, że właśnie odkryłem tę wadę, której znaleźć nie mogliśmy. Ów bozon Higgsa dla Konzentrationslager Auschwitz, Черта оседлости i Jedwabnego. Jest nią wręcz kosmiczna bezczelność, z jaką Żydzi pozwalają sobie komentować decyzje polityczne właściwie wszystkich krajów na świecie. Nieważne, czy sprawa dotyczy Syrii, Austrii czy Vanuatu - nadludzie z Izraela czują się upoważnieni do napominania, pouczania i strofowania innych narodów. I to nie jako osoby prywatne, ale na szczeblu rządowym.
Gdyby jeszcze Izrael opierał się w swoich bezczelnościach na prawdziwych zarzutach... Tyle, że nie trzeba nawet czytać programów wyborczych czy wypowiedzi Wolnościowców i Przyszłościowców, by stwierdzić, że oskarżenia o negowanie holocaustu czy bliskość nazizmowi są wyssane z palca.
Gdyby rzecznik izraelskiego MSZ mówił o jakimś innym kraju - być może nie byłoby to tak rażące. Tyle, że pan Palmor mówi o Austrii, w której negacjoniści lądują w więzieniach, nie mogą więc nawet myśleć o startowaniu w wyborach.
Słowa o wrogości wobec obcych pominę. Jakiekolwiek komentowanie takich słów padających z ust przedstawiciela państwa, w którym stosuje się zasady rasistowskie np. przy zakupie ziemi, jest bezcelowe.
Trochę zapomniano już o tym, jak ambasador Izraela próbował ustalać skład polskiego rządu. Jak długo jeszcze państwa będą pozwalały pluć sobie w twarz i udawały, że pada deszcz? Tylko dlatego, że ta plwocina pochodzi z ust człowieka lepszego rasowo?
PS. Coby uprzedzić zarzuty, że ja tylko o Żydach - ja tylko odpowiadam na artykuł zamieszczony na głównej stronie jednego z największych polskich portali. Na zdrowy rozum - co Polaków obchodzi, jak na wybory w Austrii reaguje rząd Izraela? Dlaczego nie pisze się o tym, jak zareagował Tadżykistan albo Salwador (kraje o podobnej liczbie ludności, Burkina Faso ma dwa razy więcej)?
Korwinowi nie wystarczy już samo zjadanie niepełnosprawnych dzieci na śniadanie. Teraz zajmuje się jeszcze propagowaniem faszyzmu! Jak donosi serwis TVN24 Prokuratura wszczęła postępowanie sprawdzające, czy doszło do propagowania treści faszystowskich przez Janusza Korwin-Mikkego. W środę, pod koniec "Magazynu 24 godziny" TVN24 mówiąc o swoim sprzeciwie wobec wprowadzenia w Polsce euro, wykonał faszystowski gest pozdrowienia.
- Póki w Ameryce było 25 banków, które drukowały pieniądze, banki konkurowały ze sobą. Kiedy wprowadzono ein Reich, ein Volk, ein euro, to rząd zaczął dodrukowywać pieniądze. Amerykański rząd dodrukowuje pieniądze, a więc psuje pieniądze. To jest niedopuszczalne - argumentował lider UPR i w tym czasie wykonał faszystowski gest.
Oczywiście, po polskich antyfaszystach nie ma co spodziewać się zbyt wiele. Nie wymagajmy od nich znajomości tak trudnych, abstrakcyjnych pojęć, jak kontekst. Nie próbujmy im tłumaczyć, że Korwin podnosząc prawą rękę w "faszystowskim geście" wcielał się właśnie w rolę eurofaszystów, których krytykuje. Nie zrozumieją. Bo oni w tej kwestii nie rozumują, oni wierzą.
Co jakiś czas potwierdza się to, że w każdym społeczeństwie potrzebna jest dawka irracjonalności. Zazwyczaj rolę takiej dawki pełni religia. Ludzie zbiorą się co jakiś czas w jednym miejscu, wykonają kilka gestów, które mogą znaczyć cokolwiek (co dla nie-chrześcijanina znaczyć będzie np. znak krzyża?), rozchodzą się i cały tydzień mogą już działać racjonalnie.
Gorzej jest w społecznościach zlaicyzowanych. Takich, jak współczesna Europa. Religia w każdej (może poza buddyzmem), jest passe. To obciach pójść do kościoła czy zdjąć czapkę widząc krzyż. Potrzeba nieracjonalności tkwi jednak w każdym człowieku. Niektórzy biorą się za wspomniany już buddyzm, inni kupują "Wróżkę", jeszcze inni - wpadają w antyfaszyzm.
Antyfaszyzm jest religią. Posiada swoje dogmaty, posiada również coś na kształt liturgii. Tyle, że to liturgia a rebours. Nie jest zbiorem tego, co się robi. Jest zbiorem tego, czego robić nie można na pewno. I tak, jeśli chrześcijanie mają krzyż, żydzi gwiazdę Dawida, tak antyfaszyści - swastykę czy krzyż celtycki.
Są to symbole, gesty czy słowa, które niosą za sobą jakąś treść, ale same z siebie nie mają żadnych konsekwencji. Tak jak ktoś, kto zrobi znak krzyża, nie staje się automatycznie katolikiem, tak podniesienie wyprostowanej prawej ręki nie skutkuje pogromami Żydów.
Jednak symboli religijnych nie możemy interpretować czysto racjonalnie. Dla chrześcijanina znak krzyża i męka Zbawiciela łączą się w jedno. Tak samo dla antyfaszysty rzymski salut, Oświęcim, Treblinka i Noc Kryształowa stają się jednością. Ten sposób myślenia doszedł już do takiego absurdu, że w Niemczech z paragrafu o propagowanie faszyzmu oskarżono producenta koszulek z nadrukowaną swastyką. Tyle, że przekreśloną.
Swastyka czy "faszystowski gest" stają się więc tabu. Nie można używać tych symboli nawet w celu ich krytykowania.
Taki sposób postrzegania świata nie musi być wcale szkodliwym. Ów antyfaszysta może sobie żyć, walczyć z rzekomymi faszystami wśród swoich znajomych (ciekawe, jak szybko owych znajomych straci...), wydawać gazetki, których nikt nie czyta i dawać nagrody Simonowi Molowi. Gorzej, kiedy ów quasi-religijny punkt widzenia zaczyna podzielać prokuratura, czyli organ państwa.
Wtedy mamy bowiem do czynienia z wręcz podręcznikowym przykładem państwa wyznaniowego. A przecież z teokracją panowie antyfaszyści przysięgają walczyć ze wszystkich sił swoich, nieprawdaż?
![]()
A teraz, skoro naród irlandzki się nie sprawdził, pewnie wymienimy naród.
Inżynieria rasy - eugenika
Jak to dobrze, że Adolf Hitler był antysemitą - myślą zapewne co roztropniejsi lewicowcy. Roztropność owa pozwala im zauważyć, że gdyby nie straszny grzech nacjonalizmu nic właściwie by Fuhrera od socjalistów nie odróżniało. I wtedy ludzie zauważyć by mogli, że wiele sprośnych poglądów niebu obrzydłych III Rzesza przejęła z lewicowego abecadła XIX i XX wieku. Ba - nawet ten antysemityzm lewicy (zarówno tej od Bakunina, jak i tej od Marksa) nie był w tamtych czasach obcy. Ot - kolejny efekt wilczego kapitalizmu - nawet lewicowi intelektualiści stają się żydożercami, kiedy im parch podnosi czynsz za mieszkanie.
Tekst "Inżynieria rasy - eugenika" jest podręcznikowym przykładem wykształciuchowszyzny - brak wiedzy i jakiejkolwiek dociekliwości. No bo wiadomo, że co złego, to na pewno rasiści. Autorka napisała nawet, że w II Rzeczpospolitej do Polskiego Towarzystwa Eugenicznego należało 10 tys. ludzi, ale poprzestała na tym. Nie zwróciła uwagi na ideologiczny profil osób będących w okresie międzywojennym zwolennikami eugeniki.
Zdziwiłaby się (czytelnicy artykułu też).
Wbrew pozorom nie znalazłoby się tam wielu rasistów, nacjonalistów, endeków i antysemitów (sytuacja zmieniła się wraz z pojawieniem się ONR). Za to mogłaby tam spotkać nazwiska lewicowego intelektualisty, zwolennika postępu i przeciwnika katolickiego zabobonu - Boya-Żeleńskiego. Zwolennikiem ingerencji w prokreację był też np. Janusz Korczak. Pomysł eugeniki popierało też środowisko postępowych "Wiadomości Literackich" (Słonimski, Tuwim, Iwaszkiewicz). Doborowe towarzystwo, nieprawdaż? Aż dziw, że pani Stryjek nie wspomina o nim ani słowem.
Nie wspomina, bo albo w ogóle o tych faktach nie wie (co stawia pod znakiem zapytania sens pisania przez nią artykułu na temat, na który niewiele wie), albo wie, ale nie chce o tym wspominać. Wtedy bowiem teza o złych nazistach, którzy "czyszczą rasę" nie wyglądałaby przekonywująco. Źródłem eugeniki nie jest bowiem rasizm. Jej źródłem są wszyscy ci, którzy chcą nas uszczęśliwiać na siłę.
Dzisiaj już nie proponuje się sterylizacji, ale znaleziono sobie nowych wrogów - papierosy, alkohol, jazdę na nartach... I coraz więcej osób udaje się przekonać, że warto oddać swoją wolność za miraż lepszej przyszłości. Warto pamiętać, jak owa "lepsza przyszłość" wygląda w rzeczywistości.
They only want you when you're seventeen
When you're twenty one, you're no fun
Ewidentnie jestem no fun. Takie życie.
Wielokrotnie zastanawiałem się nad swoim podejściem do nacjonalizmu (wiem, znalazłbym sobie wreszcie dziewczynę). Z jednej strony - jak każdy kolektywizm jest to dla mnie ideologia z gruntu podejrzana. Narodowcy, których spotkałem w swoim życiu, zazwyczaj nie byli szczególnie sympatyczni. Nie licząc paru wyjątków, nie lubię ich.
Poza tym - jako zadeklarowany przeciwnik demokracji nie mogę być zwolennikiem idei, która z demokracją wiąże się bardzo mocno. Roman Rybarski - jeden z z twórców polskiego nacjonalizmu - słusznie zauważa, że nacjonalista nie może być antyludowładcą. Bo niby jak pogodzić wywyższanie swojego narodu przy jednoczesnym pozbawianiu tegoż narodu wpływu na decyzje polityczne? Nacjonalizm i demokracja wynikają z siebie nawzajem. Naród będzie chciał decydować o sobie, a pozwalając na decydowanie ludziom, trzeba zrobić z nich naród.
Gdyby na świecie istniały same monarchie ograniczające swą władzę tylko do tych sfer, w których władza ta jest niezbędna, to nacjonalizm byłby przeze mnie oceniany jako idea całkowicie szkodliwa i błędna. Świat jest jednak taki, jaki jest. Adamów Smithów w koronach mamy jak na lekarstwo (a ci, którzy przetrwali, jak książę Liechtensteinu, muszą walczyć z mentalnymi potomkami Hitlera o zachowanie resztek niezależności). Demokracja przeważa na całym świecie i na razie nic nie wskazuje, by coś miało się w tej kwestii zmienić.
W demokracji musi zaś istnieć jakaś kolektywistyczna ideologia spajająca całe społeczeństwo, by to nie rozsypało się jak domek z kart w rywalizacji z innym (zły kolektywizm jest tutaj dla liberała sojusznikiem w walce z kolektywizmem jeszcze gorszym). Takim kolektywizmem mógłby być kult państwa lub nacjonalizm. Ten drugi o ile nie sprzyja liberalizmowi, to przynajmniej nie jest z nim sprzeczny. Dlatego też wybieram go jako mniejsze zło.
Jest jeszcze inny aspekt nacjonalizmu, który powoduje, że jest to dobry ideowy sojusznik dla konserwatywnych liberałów w systemie demokratycznym. Otóż - pozwala on na uniknięcie walki klasowej. Jeśli nie będzie jednej idei (narodowej), która połączy różne grupy społeczne, można być pewnym, że kiedyś burżuje wezmą się za łby z robolami. Odrobina zdrowego poczucia wspólnoty narodowej pozwala na pokojowe rozwiązywanie takich problemów. Jeśli tego poczucia zabraknie - rozpad społeczeństwa murowany. Już możemy go zresztą obserwować.
Rybarski stwierdził, że nie ma sensu nacjonalizm bez demokracji. Patrząc na obecną polską demokrację, w której idea narodowa pełni rolę potwora, którym straszy się dzieci (a który nie ma nawet jednoosobowej reprezentacji w Parlamencie), można powiedzieć, że demokracja bez zdrowego nacjonalizmu też wygląda źle.
Minister Kultury i Dziedzictwa Narodowego zatrzymuje budowę Muzeum Historii Polski. W zamian dostaniemy więcej sztuki "nowoczesnej" i "eksperymentalnej".
W normalnym państwie (czyt. w monarchii) jakakolwiek pomoc państwa dla artystów maści wszelkiej była bezcelowa. Jeśli król chciał podkreślić swoją potęgę (albo skonsolidować poddanych wokół swojej osoby), mógł na to przeznaczyć pieniądze ze swojego skarbca. Podobnie czynić mogli inni majętni ludzie czy też Kościół. Czy to dla zysków, czy po prostu z miłości do sztuki - nieważne. Ważne, że za własne pieniądze.
Niestety - nie żyjemy w normalnym państwie, tylko w demokracji. W demokracji państwo, chcąc nie chcąc, kulturę wspierać musi. Choćby po to, by utrzymywać więź łączącą obywateli z państwem (czy - lepiej - z narodem). Stąd też jestem w stanie zaakceptować pomysły otwierania placówek, które uczą o polskiej historii, pokazują piękne jej fragmenty, uczą patriotyzmu, łączą odwiedzających z własnym narodem.
Nie wiem jednak - jaki interes państwo ma w promowaniu "sztuki" "nowoczesnej"? Jeśli już porusza ona problem polskości, Polski, jej kultury czy tradycji, to zazwyczaj z pozycji krytyka. Polskość to dla współczesnych "artystów" nienormalność, zaścianek, ciemnogród i wszystkie plagi egipskie łącznie.
Wspieranie takiej twórczości jest, patrząc z punktu widzenia państwa, strzałem w stopę. Opłaca się własnych katów.
Nie tylko zresztą państwo na tym traci. Owa "nonkonformistyczna" "bohema" traci w przypadku państwowego mecenatu jakąkolwiek wiarygodność. Wyobrażacie sobie Byrona, pobierającego pensję od angielskiego króla? Krakowską cyganerię stojącą w kolejce po CK-stypendium?
Traci na tym też kultura jako całość. "Artysta", by dostać pomoc od państwa, nie musi być dobry. Musi być przepisowy i spełniający kryteria. Kryteria, których nie da się ustalić tak, by rzeczywiście promować dzieła najlepsze. Taka polityka promuje przeciętniaków, którzy nie wymyślą nic nowego, za to świetnie wpiszą się w gust urzędasa przyznającego ministerialne zasiłki.
Tracą też oczywiście podatnicy, zmuszeni do finansowania "sztuki", która może być im obojętną albo nawet i nienawistną.
Tak naprawdę tracą na tym prawie wszyscy. Zyskuje banda wydrwigroszy. No i zyskują ci, którzy chcieliby, by do konstytucji wpisać zapis, że "społeczeństwo polskie kocha swoją inteligencję (w tym artystów)".
Łodzianka demaskuje antysemityzm "Lalki".
Wyjaśniło się, dlaczego tak wielki zachwyt budziła we mnie "Lalka" Prusa. To dlatego, że podświadomie przyklaskiwała ona moim antysemickim uprzedzeniom. "Jak te kanalie, Żydy, cisną się". "Poszły parchy! Won!", "Żydzi chwytają chrześcijańskie dzieci i zabijają na macę" - to tylko niektóre sformułowania, które serwuje w "Lalce" Bolesław Prus..
Wiceprezes zarządu łódzkiego Związku Nauczycielstwa Polskiego Jadwiga Tomaszewska uważa, że trzeba zweryfikować listę lektur pod kątem treści antysemickich - pisze " Polska. Dziennik Łódzki". Te książki, które je zawierają, przesunąć do kanonu lektur uzupełniających.
Lata dominacji antysemitów w polskiej oświacie utrwaliły przekonanie, że "Lalka", "Nie-boska komedia" czy "Chłopi" (Zdaniem niektórych nauczycieli, fragmenty tekstów mogących obrażać Żydów, bez trudu można znaleźć w "Chłopach" noblisty Władysława Reymonta, a także dziełach jednego z czołowych polskich romantyków - Zygmunta Krasińskiego.) to "arcydzieła". Oczywiście - jest to przekonanie błędne. Nie ma dobrej książki napisanej w złej sprawie - jak więc dobrym może być utwór stanowiący podstawę dla Holocaustu, Marca '68 i najgorszego ze wszystkich - antysemickich napisów na murach?
Z przekonaniem owym walczyć jednak trudno - stąd utwory paskudnych faszystów w spisie lektur muszą pozostać, przynajmniej na razie. Ważne tylko, by wirus antysemityzmu dotknął jak najmniejszej liczby osób. Stąd też staną się owe książki "lekturami uzupełniającymi". To pierwszy krok ku wyzwoleniu polskich szkół od demona antysemityzmu, tak dobitnie opisanego przez J.T. Grossa.
***
Wiadomo, że najwięksi zwolennicy przymusowego nauczania doskonale wiedzą, że większość uczniów to debile, którym nikt i nic nie pomoże zrozumieć, co to mowa niezależna. Nie można oczywiście pozwolić, by tacy uczniowie nie chodzili do szkół - gdzie wtedy urządzano by im pranie mózgów?
Czasem jednak brak rozumu może być zagrożeniem - umysły takie należy przed nim chronić. Stąd też "antysemickie" dialogi "Lalki" serwowane mają być tylko tym, którzy potrafią odróżnić zdanie bohatera książki od zdania jej autora.
***
Oczywiście - pomysły nauczycielki z Łodzi na razie mogą wydawać się kabaretem. Wiedząc jednak o tym, co dzieje się w krajach zachodnich, można się obawiać, że takie poglądy kiedyś zdobędą duże poparcie.
Barbarzyńcy już są u bram. Ubrani w szaty obrońców "tolerancji".
Dzięki III RP Polacy coraz częściej mogą odbywać podróże w najdalsze zakątki naszego świata. Niestety - ma to też swoje ujemne strony. Wszyscy wiemy bowiem, że nie wszędzie higiena jest tak rozpowszechniona, jak w Europie Unii Europejskiej. Z tego też powodu zwiększa się liczba tropikalnych chorób, na które cierpią Polacy. Między nimi ważną pozycję zajmuje sławetny wirus filipiński.
Jest to o tyle ciekawa choroba, że lekarstwo nań należy do całkiem przyjemnych. Niestety - przedawkowanie leku (o które nietrudno) może być dla wielu brzemienne w skutkach.
Co gorsza - demoniczni bracia Kaczyńscy rozpuścili (robią to co roku) plotkę o nieodwracalnej podwyżce ceny leków od 1 stycznia 2008. Stąd też wielu Polaków właśnie na dzień 31 grudnia (tak zwany "Sylwester" - cytat z "listy Wildsteina": FILIP(iny) SYLWESTER. IPN BU 01013/1265) planuje rozpoczęcie kuracji. Kuracji, która może być dla nich najboleśniejszą w życiu.
Zadanie dla ludzi mediów i autorytetów moralnych jest oczywiste - przekonajmy Polaków, że plotki nie mają wiele wspólnego z prawdą, że choroba filipińska nie jest znowu taka najgorsza (zawsze mogli przecież zachorować na coś gorszego, chociażby na dolegliwość psychiczną zauważoną u "dyplomatołków" przez Autorytet). Należy też zwrócić im uwagę, że w leczeniu również potrzebna jest rozwaga i spokój, zamiast awanturnictwa i polowań na (filipińskie) czarownice (wedle wierzeń prymitywnych mieszkańców wnętrza Filipin zamieszkują one jaskienie).
Czasu zostało co prawda niewiele, ale nic nie zwalnia nas z obowiązku pomocy. A przynajmniej jej próby.
Nawet Nazipedia wie, że Jezus Chrystus wcale nie urodził się 25 grudnia. (Jest to pośrednim dowodem na to, że Bóg nie istnieje, a światem rządzi Opus Dei).
W związku z tym nie będę składał życzeń z okazji świąt Bożego Narodzenia. Zaproponuję tylko stronę, dzięki której spędzicie święta naprawdę postępowo:
Merry Solstice 2007!
Tusk dla koalicji zrezygnował z podatku liniowego.
Jeśli jakiś ko-liber miał co do PO jakiekolwiek złudzenia, to powinien je stracić po przeczytaniu tego, że Już teraz wiadomo, że Platforma nie będzie forsować niektórych punktów swojego programu. Z ustaleń DZIENNIKA wynika, że główne ustępstwa to rezygnacja ze zmiany ordynacji wyborczej do Sejmu z proporcjonalnej na większościową, z podatku liniowego i pomysłu wprowadzenia bonu edukacyjnego.
Mylą się jednak ci, którzy uważają PO za kapitulantów, którzy rezygnują ze wszystkiego. Otóż - Donald Tusk walczy jak lew!
Nie we wszystkim jednak ustąpi ludowcom. Jak dowiedział się DZIENNIK, to Platforma obsadzi Ministerstwo Środowiska.
Cóż za bezkompromisowość! Oddali 3/4 swojego programu, ale za to będą mogli opiekować się drzewami, żabkami i ptaszkami!
Myślę, że po tym dowodzie męskości następnym krokiem Donalda Tuska będzie występ w programie "Jaja ze stali". Inna całkiem rzecz, że akurat ochrona środowiska to świetny obszar na "kręcenie lodów". Aż dziw, że PSL odpuścił to ministerstwo. Może dlatego, że mając w ręku Ministerstwo Rolnictwa będzie wystarczająco zajęte odralnianiem, uralnianiem i innymi dzikimi figlami przez cztery lata?
***
PiS miał w poprzedniej kadencji dużo mniej posłów, niż PO teraz. Musiał zawrzeć jakąś koalicję, ale zrobił to tak, że koalicjanci nie mieli prawie żadnego wpływu na politykę rządu (poza wąskimi działkami). PO poddaje się we wszystkich kwestiach. Ale założę się, że te same media, które wypominały koalicjantów Kaczyńskiemu, teraz piać będą z zachwytu nad "kompromisową postawą" premiera z Gdańska.
Kompromis jest środkiem, nie celem polityki. Celem jest realizacja programu. Jeśli kompromis pomaga w tym - jest środkiem skutecznym. W jaki sposób jednak realizować można program, skoro w imię zgody całkowicie się z niego rezygnuje?
Co ma nam do zaoferowania PO? Co zmieni polityka premiera Tuska? Jakie reformy nas czekają? Spójrzmy prawdzie w oczy - PO nie ma ani pomysłu, ani woli przeprowadzania zmian. Przejęło władzę dla samej władzy. I dlatego, mimo wszystkich błędów, wolałem rządy PiS. Im przynajmniej chodziło o coś więcej, niż parę ministerialnych foteli.
PS. Zauważywszy monotematyczność moich ostatnich wpisów dodałem nową kategorię. Żadnej ironii.
Rosja przeprasza za Katyń.
- Polacy, wybaczcie nam! - powiedział znany rosyjski dysydent i obrońca praw człowieka Siergiej Kowaliow po obejrzeniu filmu "Katyń" Andrzeja Wajdy. - Nie daj Boże, żeby coś takiego kiedykolwiek się powtórzyło - wtórowała mu historyk Natalia Lebiediewa.
Jakie to szczęście, że straszni ludzie przegrali i media nie muszą już wymyślać tytułów sugerujących jakieś niecne postępki rządu. Teraz mogą być to tytułu zapowiadające coś miłego.
Od razu żyje się lepiej. Wszystkim.
CBA zatrzymało Tomasza Lipca.
Kiedy w nocy z 21 na 22 października Polaków ogarnęła euforia spowodowana odsunięciem strasznych ludzi od władzy, nikt nie zwracał uwagi, że ich mroczne rządy będą trwały jeszcze przynajmniej kilka dni. Widząc uśmiech na twarzy Donalda Tuska nikt nie spodziewał się, że w kraju w środku Europy możliwe będą jeszcze mordy (nie bójmy się tego określenia!) polityczne.
Wszyscy znamy strukturę psychologiczną braci Kaczyńskich. To paranoicy. Zamiast miłości mają dla innych ludzi tylko nienawiść i nieufność. Wszyscy wiemy, jak potrafią niszczyć tych, którzy jeszcze parę chwil temu im służyli. Wszyscy oglądaliśmy z niedowierzaniem, jak poniewierany był premier Dorn, minister Sikorski czy redaktor Wildstein.
Dzisiaj znów musimy oglądać spektakl nienawiści, jaki straszni bracia urządzają swoim niedawnym współpracownikom.
Jak długo jeszcze będziemy musieli znosić te obrzydliwe obrazy? Kiedy nasz Premier Miłości walnie pięścią w stół i powie radykalne stop faszyzacji naszego kraju?
Myślę, że wielu Polaków, nie tylko w Irlandii i Wielkiej Brytanii, zadaje sobie to pytanie. Od odpowiedzi na nie zależy los właścicieli tanich linii lotniczych. Mam nadzieję, że nowa władza nie zawiedzie ich zaufania.
W domach polskich elit, na czele ze Stachurskym i Norbim, w końcu zapanowała radość. Ich ofiarna walka z faszyzmem przyniosła w końcu wymarzony efekt.
Straszni ludzie zostali odsunięci od władzy, stery w ręce chwycili prawdziwi europejczycy i mężowie stanu. Teraz każdy będzie miał coś dla siebie - socjaliści uwielbianą Unię Europejską, liberałowie deklaracje liberalizmu (na więcej nie pozwoli UE, choćby i Tusk na rzęsach stanął), Niemcy i Rosja lokaja, który powinność swojej służby rozumie i schyla się na każde żądanie. A do tego - wszyscy dostaną miłość. Najpewniej dostarczy nam jej nowa twarz PO, czyli Doda. Ma w tym niejakie doświadczenie. Wyniesione nie tylko z toalet.
*
Fachowcy twierdzą, że o wyniku przesądziła debata Tuska z Kaczyńskim (wtedy zaczęły się zmiany w sondażach).
Hm... o 4 najbliższych latach 40-milionowego kraju decydować ma godzinna pogawędka pomiędzy dwoma panami. Jeśli ktokolwiek mający choć minimalną porcję w oleju w głowie jeszcze popiera demokrację, to proszę o przedstawienie mi jego motywacji. Mój mały rozum tego objąć bowiem nie potrafi.
PS. Wyjaśniam brak aktywności - po ostatnim wpisie, w którym krytykowałem PiS, został mi odcięty dostęp do Internetu, zabrano mi też wenę twórczą, a nawet utrudniano poszukiwania mieszkania. Dopiero teraz, po zwycięstwie sił dobra, mogę odetchnąć pełną piersią i wyrazić to, co myślę.
Ktos mi wyjasni, czemu wydzielony dla koalicjanta MEN, zamiast wrocic pod kuratele ministra Sewerynskiego (jak bylo przed zawarciem koalicji rzadowej), zmienia tylko swojego szefa? Albo dlaczego nie likwiduje sie nikomu niepotrzebnego ministerstwa ds. morza?
Wychodzi na to, ze kolejne ministerstwa to puszka z robactwem - jesli sie je otworzy, wepchnac wszystko na powrot juz niepodobna.
I to jest wazne, a nie osobiste wady i zalety profesora Legutki.
Genialne.
Najpierw przyszli po aferzystów z Ministerstwa Finansów, ale nie protestowałem, bo nie byłem aferzystą z Ministerstwa Finansów.
Potem przyszli po lekarzy-łapowników, ale nie protestowałem, bo nie byłem lekarzem-łapownikiem.
Potem przyszli po członków mafii weglowej, ale nie protestowałem, bo nie byłem członkiem mafii weglowej.
Potem przyszli po mnie... i nie było już komu protestować.
A. Lepper
Kataster subito!
Właściwie omawianie tego artykułu nie ma większego sensu. Pan Gadomski napisał go nie dlatego, że podatek katastralny jest dobry, tylko dlatego, że rząd się z planów wprowadzenia tego podatku wycofał. Gdyby nadal go rozważał i przychylał się nawet do tego rozwiązania, to najpewniej autor pisałby, że kataster to katastrofa gorsza od Hiroszimy (jeśli komuś się takie porównanie nie podoba - pretensje proszę zgłaszać do posła Rokity).
Załóżmy jednak, że redaktor Gadomski pisał to, co napisał, z wewnętrznym przekonaniem. Dodajmy też, że jest on liberałem, a przynajmniej sam się za takiego uważa. Lichej to jednak próby liberalizm, skoro zakłada, że można liberalizować poprzez podnoszenie podatków. Liberał powinien bowiem wiedzeć, że każda interwencja państwa w działalność rynku, nawet motywowana pięknymi przesłankami i logiczną argumentacją, zawsze kończy się wystąpieniem jakichś skutków ubocznych.
Żeby wyjaśnić, o jakie skutki uboczne chodzi tym razem, trzeba wrócić się w czasie o prawie sto lat, do czasów rewolucji październikowej oraz planów kolektywizacji.
Kolektywizacja ta odbywała się pod hasłem walki z kułakami. Hasłem kłamliwym, bo w Rosji żadnych kułaków nie było, a na pewno nie było ich tylu, by rozparcelowanie ich majątków miało jakikolwiek wpływ na poziom życia reszty chłopów. Świadczyć o tym może choćby to, że stojąc przed problemem braku kułaków bolszewia wymyśliła pojęcie "kułaka politycznego" - mówiąc krótko: "dobrała z niewinnych".
Celem kolektywizacji nie było wcale poprawienie doli "średniaków" czy "biedniaków". Jak już mówiłem - kułaków było zbyt mało, by ich ziemia mogła tutaj cokolwiek zmienić. Celem było zabranie majątku jedynej klasie, która jeszcze jakikolwiek majątek miała - czyli chłopom. Bo własność rodzi wolność, a ta była największym wrogiem dla czerwonego reżimu.
Podatek katastralny spełniłby rolę kolektywizacji. Oczywiście - nie dotknęłaby ona bogatych - tych stać byłoby na zapłacenie owych 2% wartości majątku rocznie. Dotknęłaby przede wszystkim ludzi średnio lub słabo zarabiających, którzy swoje M-2 kupili na kredyt, odebrali w spadku po rodzicach (swoją drogą - to dopiero draństwo - takie mieszkanie byłoby opodatkowane trzy razy - raz przy zakupie, raz przez podatek spadkowy i po raz kolejny przez podatek katastralny!) lub zakupili po dwudziestu latach męczenia się w spółdzielni mieszkaniowej. Nie mówię już nawet o tym, że najbardziej oberwaliby chłopi, dla których często kilka budynków nie jest żadnym luksusem lecz koniecznością.
Tacy ludzie musieliby swoje mieszkania sprzedać. Panu Gadomskiemu bardzo się to podoba: Wprowadzenie podatku katastralnego przyspieszyłoby ruch na rynku nieruchomości. A ja mówię - bujda. Żeby ktoś mógł sprzedać, ktoś musiałby kupić. A prawie nikogo nie stać byłoby na kupno mieszkania. Poza wąską grupą tych, którzy mają duże zasoby gotówki.
Efekt byłby prosty - większość mieszkań wkrótce znalazłyby się w rękach wąskiej grupy. Reszta zaś zmuszona byłaby na owych mieszkań wynajmowanie. Ruch na rynku nieruchomości skończyłby się, bo mieszkaniami handlować by mogli między sobą co najwyżej owi nieliczni właściciele.
Ktoś powie - toć to sytuacja, która powinna się spodobać liberałowi - biedni i bogaci. Jest to jednak lepperowskie (i - jak się okazuje - gadomskie) postrzeganie liberalizmu. Żeby mógł on naprawdę zaistnieć musi być nie tylko podział na biednych i bogatych, ale też nieograniczona możliwość przemieszczania się między tymi dwiema grupami.
Po wprowadzeniu podatku katastralnego możliwość takiego przemieszczania się byłaby ograniczona - biednego nie stać byłoby bowiem na mieszkanie. A nie byłoby też ryzyka, że bogaty "kamienicznik" nagle zbankrutuje, bo jest to przy wynajmowaniu dużej ilości mieszkań praktycznie niemożliwe. Brak ryzyka klapy rodzi wiele nieprawidłowości. Przede wszystkim - stagnację, której tak boi się pan redaktor.
Co więcej - taki podział społeczeństwa powodowałby, że właściwie wszyscy głosowaliby na socjalistów.
"Kamiecznicy" po to, by nikt nie wprowadził znowu do gospodarki elementów ryzyka, które zachwiałoby ich posadą. Zauważcie bowiem, że właściwie wszyscy bogacze (najlepszym przykładem niech będzie Soros) wspierają socjalistów. Powód jest prosty - socjalizm pozwala na spokojny sen najbogatszym, likwidując w zarodku ich potencjalną konkurencję.
Ci zaś, których nie stać byłoby na mieszkanie własnościowe, głosowaliby na socjalistów po to, by ci ustanowili maksymalną wysokość czynszu. Wszyscy byliby więc zależni od państwa. Nie wiem, co może taka sytuacja mieć wspólnego z liberalizmem.
Jeśli więc miałbym w jednym zdaniu podsumować to, co napisałem, a przy okazji streścić całą ekonomię, to zdanie to brzmiałoby tak: "nie ma czegoś takiego, jak dobry podatek". Cokolwiek by o tym pisał pan redaktor Gadomski.
PS. Wyjeżdżam dzisiaj na dwa miesiące do Niemiec. Notek więc najprawdopodobniej nie będzie. Jeśli jednak udałoby się coś napisać - z góry przepraszam za brak polskich znaków i ewentualne literówki - niemieckie klawiatury są wysoce niepraktyczne.
Allianz rozpoczyna współpracę z Górnikiem!
Co prawda lata doświadczeń (ile to razy już Górnik miał mieć nowego sponsora, a kończyło się na niczym?) nakazują powściągliwość, ale tym razem już chyba nic zepsuć się nie może.
Wychodzi na to, że, po latach upokorzeń, Zabrze znowu wraca do gry.
Na indeksie Giertycha.
Projekt rozporządzenia w tej sprawie MEN umieściło na swojej stronie internetowej.
Ktoś pomoże znaleźć? Sam, za Chiny Ludowe, nie potrafię.
Jeśli jednak jest to prawdą, to:
1. W normalnym kraju szkoły same powinny ustalać listy lektur, a rodzice wybieraliby taką, która im najbardziej pasuje. Jeśli znalazłby się ktoś, kto woli książki szefa PRON-u od herlingowego "Innego świata", to jego sprawa.
2. Tytuł artykułu to i tak manipulacja - książka wykreślona z listy lektur nie jest "na indeksie". Spacer do biblioteki i wypożyczenie tam którejś z książek usuniętych przez MEN nie jest chyba aktem wielkiej odwagi? Dla naszych "nonkonformistów" - pewnie tak.
3. Część lektur rzeczywiście jest ponad możliwości intelektualne przeciętnego licealisty - pytanie tylko, co z tym zrobić? Ja po prostu nie dawałbym takim matury. Minister Giertych chce najwidoczniej poprawiać konkretne rekordy liczby abiturientów. Tylko - po co?
4. Minister Giertych po raz kolejny (po sławetnym zaleceniu, by nauczyciele mówili uczniom, że rzymski salut jest "fe") pokazał swoją antyfaszystowską twarz. Wywalił Herlinga (Borowski został!), wsadził Dobraczyńskiego ("Sprawiedliwy Wśród Narodów Świata"), a słysząc, że narodowy socjalizm miał swoje źródła w niemieckim romantyzmie, Goethego też pogonił.
Aż dziw, że go "Gazeta" krytykuje, a nie chwali. A może Giertych to tajny agent pedecji w szeregach LPR i nie chcą go zdekonspirować? Za późno - ja czuwam.
Tak czy siak - taka lista lektur (o ile jest prawdziwa) ośmiesza MEN. I pomyśleć, że zaraz po nominacji Giertycha byłem skłonny wierzyć, że zrobi coś dobrego.
Nie mam coś ostatnio ani czasu, ani wielkiej ochoty na pisanie. Nawet tematów ciekawych nie ma.
Bo co?
Mam pisać o tym, że Tinky-Winky jest gejem? Pogłoski o tym krążą już od lat, a ten materiał nie pozostawia już żadnego miejsca na dalszy komentarz.
A może o tym, że świat się wali, bo PiS ma parę punktów procentowych przewagi nad PO w jakimś sondażu (piszą, że mają tyle samo, ale wiadomo, że trzeba brać kilkupunktową poprawkę)? Już półtorej roku (z niewielkimi przerwami) ma. Nihil novi sub Sole.
Uwentualnie o tym, że jestem współzałożycielem (jak to brzmi!) wrocławskiej Sekcji Młodzieżowej UPR? Na razie nie ma się czym chwalić. Jak zdobędziemy władzę - wtedy pogadamy.
A na razie - po trosze korzystam z pogody (chociaż dzisiaj akurat była nienajlepsza), po trosze przygotowuję się mentalnie do tego, co nastąpi pod koniec czerwca. Maj - wyborcy PO mają już wakacje. Wyborcy UPR powinni je więc mieć tym bardziej.
Ślub Marty poróżnił Kaczyńskich.
Poważna sprawa.
Wszyscy wiemy, że każdy, kto odejdzie od Kaczyńskich (Jurek, nawet Lepper przez chwilę), albo zostanie przez nich odstawiony na boczny tor (Sikorski, Marcinkiewicz, Wildstein, ponoć Dorn) z diabła wcielonego nagle staje się ulubieńcem mediów. Oczywiście - nie sugeruję tutaj naszym kochanym dziennikarzom żadnej stronniczości, czy fiksacji na punkcie obecnej władzy. Skoro zmienia się opinia na temat danej osoby - to pewnie i osoba ta przechodzi metamorfozę. Jest to rzeczą oczywistą i bezdyskusyjną.
Metamorfozy już-nie-kaczystów tłumaczę sobie prosto. Otóż jeden z braci Kaczyńskich musi mieć pewien problem fizjologiczny. Wytwarza on bowiem trującą substancję, która powoduje, że każdy znajdujący się w jego otoczeniu traci nagle wszelkie swoje talenta.
Człowiek całkiem inteligentny i niezależnie myślący staje się głupim i lojalnym jak pies "trzecim bliźniakiem". Światowcowi, bywałemu na amerykańskich czy brytyjskich salonach nagle nikt na Zachodzie nie chce podać ręki. Człowiek o śmiałych wizjach, odbiegających od tych autorstwa szefa partii, staje się premierem-marionetką, na dodatek skupiającym się tylko na formie, a nie na treści. Błyskotliwy i odważny publicysta zostaje nagle brutalnym, tłumiącym wolną myśl prezesem telewizji. I tak dalej, i temu podobne - takich zmian pod wpływem substancji wytwarzanej przez Kaczyńskiego dokonało się wiele.
Nie należy jednak tracić nadziei. Bowiem kiedy ludzie ci - zdolni, pełni talentów - oddalają się (z różnych powodów) od strasznego Kaczora, paskudztwo to przestaje działać. Stąd też znowu mogą być oni odważnymi, błyskotliwymi, niezależnymi, obytymi...
Pojawia się tu jednak problem - którego z braci dopadła ta straszna przypadłość? Jest to problem, nad którym głowić się muszą najtęższe umysły, jak Janina Paradowska czy Paweł Wroński.
Okazuje się jednak, że i na to znajdziemy w końcu odpowiedź - Kaczyńscy zaczynają walczyć między sobą! Już za niedługo zdrowy z braci uwolni się spod wpływu swojego chorego bliźniaka i w końcu dowiemy się, kto jest źródłem zła, które dotknęło nasz piękny kraj.
Jednak do czasu ostatecznych rozsztrzygnięć nasze światłe media nie mogą być obojętne. Będą musiały przynajmniej zgadywać, po czyjej stronie jest racja. Kogo należy popierać, a z kim walczyć? Kto reprezentuje postęp, a kto reakcję?
Ja osobiście uważam, że wyziewy są autorstwem premiera. Ale mogę się przecież mylić. Tak czy siak - czekają nas bardzo ciekawe dni.
Lustrowanie chorych na parkinsona.
Wiem, że "Wyborcza" nie ma większych ambicji, a jej celem jest równanie do "Faktu" czy "Super Expressu". Cóż - taki to wybór redakcji, nie mnie, żuczkowi, go krytykować. Tak czy siak - nawet tabloidy pewnych granic populizmu przekraczać nie powinny. A tym razem przekroczone one zostały ponad wszelką wątpliwość.
Jeśli zwrócić uwagę tylko na tytuł (a większość czytających tak robi), to wychodziłoby na to, iżż pan Twardak lustrowanym jest tylko dlatego, że choruje na parkinsona. Cóż to zrobili ci chorzy, że ich tak prześladuje ta faszystowska władza? - zastanawia się pewnie przeciętny wykształciuch i bez czytania artykułu przenosi swoją uwagę na dodatek o seksie czy cudach Jana Pawła II (zależy, jaki aktualnie dzień tygodnia).
Jeśli jednak jakiś desperat zdecyduje się przeczytać wydrukowany małymi literami tekst, to, żeby czytelnik dokładnie wiedział, co i jak ma myśleć o autorach ustawy, koniecznie trzeba było dodać fragment o chwiejnym chodzie i trzęsących się rękach. Najwidoczniej redaktorom "Wyborczej" chodzi o to, by ustawodawca zapisał w prawie, że osoby o chwiejnym chodzie i trzęsących się rękach oświadczeń składać nie muszą. I jest to całkowicie słuszne. Tak samo jak słuszne jest, by osoby z wadą wzroku nigdy nie musiały stawać przed sądem. Wiadomo przecież, że ślepy nigdy nic nie ukradnie, a nawet jak ukradnie, to w końcu mu się to, w imię sprawiedliwości społecznej, należy.
Oczywiście - wspominanie o trzęsących się rękach i chwiejnym chodzie zajęło tyle miejsca, że nie można już wspomnieć o tym, iż to "Wyborcza" właśnie najgłośniej gardłowała przeciwko zlikwidowaniu oświadczeń lustracyjnych. Należy mieć jednak nadzieję, że czytelnicy tego tabloidu mają tak doskonałą pamięć, iż nie trzeba im tego przypominać...
PS. Zmarł Jan Tadeusz Stanisławski. O jego ostatnim miejscu zatrudnienia ani mru-mru. Bo i po co?